ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Pasja bez granic

Wśród armatorów mawia się, że jacht to przemieszczająca się po wodzie dziura w naszym portfelu, i nieważne, czy jest to jacht żaglowy czy motorowy

Tekst Arek Rejs

Jachty Pasja bez granic

Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie fakt, że ludzie, którzy to mówią, za nic w świecie nie zrezygnują ze swojej pasji. Co więcej, większość z nich z prawdziwą przyjemnością tę pływającą dziurę w portfelu powiększa, inwestując swoje oszczędności w coraz większe łodzie.

Dyskusji nie podlega fakt, że jachting to kosztowny sport. Sam zakup jachtu to dopiero początek góry wydatków, z którymi trzeba się liczyć, będąc armatorem łodzi. Trzeba pamiętać o kosztach cumowania, wodowania, paliwa, przeglądów technicznych i ewentualnych napraw. Co takiego ma w sobie ta kosztowna zabawa, że popularność tego sportu i sposobu spędzania wolnego czasu ciągle rośnie?

Przyjemność dla każdego

Tym, co od wieków porusza naszą wyobraźnię i czyni żeglowanie obiektem pożądania, jest potrzeba wolności, przygody i głód odkrywania nieznanego. Te potrzeby pchały wielkich odkrywców do zostawiania swoich domów i rodzin, ryzykowania swojego życia i poszukiwania nowych lądów. Od tych wielkich wypraw minęły wieki, ale my ciągle chcemy odkrywać lądy i sprawdzać na własnej skórze, jak to jest pokonać ocean i dotrzeć na jego drugi brzeg. Podobnie myślimy pływając po śródlądziu: co z tego, że w jakiejś zatoczce było już tysiąc gości, chcemy tam popłynąć i sprawdzić, czy to, co o niej mówią, jest prawdą. Pływając jachtem mamy poczucie swobody i niezależności, odrywamy się od lądu i mimo tego, że łączność telekomunikacyjna nie ulega znaczącym zakłóceniom, my czujemy się oderwani od codziennych problemów. Można długo tłumaczyć, co jest wyjątkowego w spędzaniu czasu na jachcie, ale najlepszą metodą jest wypłynięcie na chociaż kilkudniowy rejs.

W Polsce od zawsze istniał spór o to, które łodzie są lepsze - żaglowe czy motorowe. Spór ten toczy się jak świat długi i szeroki i pewnie nigdy nie zostanie zażegnany.

Ja poszedłem na kompromis, z równą przyjemnością pływam pod żaglami, jak i z silnikiem, co polecam również pozostałym wodniakom. Jachting jest na tyle elastycznym pojęciem, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. To nieprawda, że sporty wodne to coś dostępnego tylko dla młodych, w pełni sprawnych ludzi.

Ostatnio rozmawiałem z konstruktorem niewielkich boathousów, który powiedział mi, że większość jego klientów to starsi żeglarze, którzy nie mają już takiej sprawności fizycznej, by manewrować jachtem żaglowym, ale nie chcą rezygnować z aktywnego wypoczynku na wodzie. Niedawno widziałem też około 60-letnią kobietę, manewrującą w porcie 15-metrowym jachtem. Przyznaję, że z przyjemnością poszedłbym na lekcje manewrowania do tej pani.

Kryzys?

Przez wiele lat jachting był u nas postrzegany jedynie jako sport i sposób na wyjątkowe spędzenie wolnego czasu, ale od niedawna stał się też pewnego rodzaju wyznacznikiem statusu majątkowego, co szczególnie wpłynęło na wzrost popularności droższych łodzi motorowych. Wraz z popytem zaczęła wzrastać i podaż, jachting powoli stawał się także u nas inwestycją, lokatą i gałęzią przemysłu. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe firmy, zajmujące się budową jachtów, otwierano przedstawicielstwa światowych stoczni. Proporcjonalnie do tego zjawiska, na naszych wodach zaczęły pojawiać się coraz to nowsze i bogatsze łodzie.

Jeszcze kilka lat temu spotkanie kabinowej łodzi motorowej na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich było rzadkością, dzisiaj bez problemu kupimy w Polsce jachty większości wiodących europejskich stoczni, poczynając od włoskich, a kończąc na austriackich. Podobnie jak w innych sektorach gospodarki, znakomita większość tych inwestycji była finansowana kredytami i leasingiem. W momencie nadejścia światowego kryzysu, także rozwój jachtingu jako pomysłu na biznes zmuszony został do wyhamowania.

Prawdę mówiąc, w porównaniu z tym, co działo się ze stoczniami na świecie, nasz jachting przedarł się przez ten ciężki okres wyjątkowo dzielnie. Nie obyło się oczywiście bez ograniczeń produkcji, zwolnień pracowników, rezygnacji z kilku inwestycji. Kilku producentów musiało zmienić branżę, podobnie jak dealerzy, którzy zmuszeni zostali do ograniczenia swojej oferty. Takie są, niestety, koszty kryzysu. Jednak, mimo ciężkiej sytuacji, na targach nie brakowało gości, a w portach ciągle było ciasno.

W końcu, po tegorocznych targach w Düsseldorfie, a później rodzimych Wiatr i Woda w Warszawie, nasz rynek jachtowy wziął drugi oddech. Na targach pojawili się nie tylko goście, ale i klienci. Pojawiły się też nowe konstrukcje, nowe stocznie zajęły miejsce tych, które nie poradziły sobie z załamaniem rynku. Kryzys okazał się czymś w rodzaju filtra i weryfikatora, przetrwali go najlepsi. Nie twierdzę, że ciężkie czasy mamy już za sobą, wystarczy spojrzeć na tegoroczną aurę, z jesiennym majem, który opóźnił rozpoczęcie sezonu, ale z pewnością mogę powiedzieć, że idzie ku lepszemu. Co ciekawe, w przeciwieństwie do np. Włoch, w Polsce coraz popularniejsze są jachty większe i bardziej luksusowe. Włosi natomiast inwestują w coraz mniejsze, weekendowe łodzie.

O poprawie sytuacji słychać także zza oceanu. Według badań jednego z portali internetowych, poświęconego jachtingowi, po raz pierwszy od trzech lat wskaźniki sprzedaży łodzi ruszyły w górę. Czas wspomóc wskaźniki i zainwestować w nowy jacht.

Gdzie pływać?

Na początku wspomniałem, że zakup jachtu to dopiero początek wydatków. Istnieje też potrzeba posiadania odpowiedniej infrastruktury i portów, które zapewnią nie tylko zaplecze techniczne, ale i rozrywkę. To niestety największa bolączka naszego przemysłu turystycznojachtowego. O ile kupno jachtu nie jest problemem, o tyle już znalezienie w Polsce odpowiedniego portu może okazać się wyzwaniem. Po szczęśliwym zwodowaniu jachtu musimy go zatankować.

W zeszłym roku sprawdzałem, ile jest w Polsce nadwodnych stacji paliw, czyli takich, do których podpływamy łodzią, bez dźwigania ciężkich kanistrów. Wynik był przerażający, okazało się, że w całym kraju mamy "aż" 12 takich stacji, z czego jedna była nieczynna przez cały sezon, a w innej przewody paliwowe okazały się za krótkie o około metr! Podobnie wygląda sytuacja z bezpiecznymi, w pełni przygotowanymi na przyjęcie jachtów portami. O ile na Mazurach sytuacja uległa znacznej poprawie, to już nad morzem czy na rzekach nic się nie zmieniło od wielu lat. Kilka inwestycji przerwała tegoroczna powódź, co nie zmienia faktu, że te porty powinny już działać od lat, żeby ściągać do Polski wodniaków z innych krajów. Póki co, to my wyjeżdżamy do krajów, gdzie każda, nawet mała marina jest w stanie zagwarantować nam bezpieczne schronienie, pełen pakiet socjalny i podłączenie do niezbędnych mediów, jak prąd czy woda. Najczęściej żeglujemy do Chorwacji, Grecji, Włoch i Francji. Od niedawna coraz popularniejsza staje się turystyka śródlądowa, dlatego w kręgu zainteresowań polskich motorowodniaków pojawiły się także Niemcy i Holandia. Wszędzie tam nie będziemy mieli problemów z uzupełnieniem paliwa czy znalezieniem przystani z przyjemną restauracją. Nasz przemysł jachtowo-turystyczny ciągle się rozwija, ale idzie mu to jakoś opornie. Jak to zwykle u nas bywa, zaczęliśmy chyba od złej strony, kupujemy jachty, które musimy wywozić, aby móc czerpać z nich pełną przyjemność. Mam jednak nadzieję, że ta ogromna liczba polskich jachtów, pływających po akwenach Europy, zmusi w końcu inwestorów i władze do rozpoczęcia inwestycji w nasze nabrzeża, czego wszystkim życzę.


Czerwiec/Lipiec 2010 ESSENCE
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy