Nie byłoby w tym niczego
dziwnego, gdyby nie fakt,
że ludzie, którzy to mówią,
za nic w świecie nie zrezygnują
ze swojej pasji. Co więcej, większość
z nich z prawdziwą przyjemnością
tę pływającą dziurę w portfelu powiększa,
inwestując swoje oszczędności w coraz
większe łodzie.
Dyskusji nie podlega
fakt, że jachting to kosztowny sport. Sam
zakup jachtu to dopiero początek góry
wydatków, z którymi trzeba się liczyć,
będąc armatorem łodzi. Trzeba pamiętać
o kosztach cumowania, wodowania,
paliwa, przeglądów technicznych i ewentualnych
napraw. Co takiego ma w sobie
ta kosztowna zabawa, że popularność
tego sportu i sposobu spędzania wolnego
czasu ciągle rośnie?
Przyjemność dla każdego
Tym, co od wieków porusza naszą wyobraźnię
i czyni żeglowanie obiektem pożądania,
jest potrzeba wolności, przygody
i głód odkrywania nieznanego. Te
potrzeby pchały wielkich odkrywców do
zostawiania swoich domów i rodzin, ryzykowania
swojego życia i poszukiwania
nowych lądów. Od tych wielkich wypraw
minęły wieki, ale my ciągle chcemy
odkrywać lądy i sprawdzać na własnej
skórze, jak to jest pokonać ocean i dotrzeć
na jego drugi brzeg. Podobnie myślimy
pływając po śródlądziu: co z tego,
że w jakiejś zatoczce było już tysiąc gości,
chcemy tam popłynąć i sprawdzić,
czy to, co o niej mówią, jest prawdą. Pływając
jachtem mamy poczucie swobody
i niezależności, odrywamy się od lądu i
mimo tego, że łączność telekomunikacyjna
nie ulega znaczącym zakłóceniom,
my czujemy się oderwani od codziennych problemów. Można długo tłumaczyć,
co jest wyjątkowego w spędzaniu czasu
na jachcie, ale najlepszą metodą jest wypłynięcie
na chociaż kilkudniowy rejs.
W Polsce od zawsze istniał spór o to, które
łodzie są lepsze - żaglowe czy motorowe.
Spór ten toczy się jak świat długi i szeroki
i pewnie nigdy nie zostanie zażegnany.
Ja poszedłem na kompromis, z równą
przyjemnością pływam pod żaglami, jak
i z silnikiem, co polecam również pozostałym
wodniakom. Jachting jest na tyle
elastycznym pojęciem, że każdy znajdzie
w nim coś dla siebie. To nieprawda, że
sporty wodne to coś dostępnego tylko
dla młodych, w pełni sprawnych ludzi.
Ostatnio rozmawiałem z konstruktorem
niewielkich boathousów, który powiedział
mi, że większość jego klientów
to starsi żeglarze, którzy nie mają już takiej
sprawności fizycznej, by manewrować
jachtem żaglowym, ale nie chcą rezygnować
z aktywnego wypoczynku na
wodzie. Niedawno widziałem też około
60-letnią kobietę, manewrującą w porcie
15-metrowym jachtem. Przyznaję, że
z przyjemnością poszedłbym na lekcje
manewrowania do tej pani.
Kryzys?
Przez wiele lat jachting był u nas postrzegany
jedynie jako sport i sposób na wyjątkowe
spędzenie wolnego czasu, ale od
niedawna stał się też pewnego rodzaju
wyznacznikiem statusu majątkowego,
co szczególnie wpłynęło na wzrost popularności
droższych łodzi motorowych.
Wraz z popytem zaczęła wzrastać i podaż,
jachting powoli stawał się także u nas inwestycją,
lokatą i gałęzią przemysłu. Jak
grzyby po deszczu zaczęły powstawać
nowe firmy, zajmujące się budową jachtów,
otwierano przedstawicielstwa światowych
stoczni. Proporcjonalnie do tego
zjawiska, na naszych wodach zaczęły pojawiać
się coraz to nowsze i bogatsze łodzie.
Jeszcze kilka lat temu spotkanie
kabinowej łodzi motorowej na szlaku
Wielkich Jezior Mazurskich było rzadkością,
dzisiaj bez problemu kupimy
w Polsce jachty większości wiodących europejskich
stoczni, poczynając od włoskich,
a kończąc na austriackich. Podobnie
jak w innych sektorach gospodarki,
znakomita większość tych inwestycji była
finansowana kredytami i leasingiem.
W momencie nadejścia światowego kryzysu,
także rozwój jachtingu jako pomysłu
na biznes zmuszony został do wyhamowania.
Prawdę mówiąc, w porównaniu
z tym, co działo się ze stoczniami na
świecie, nasz jachting przedarł się przez
ten ciężki okres wyjątkowo dzielnie. Nie
obyło się oczywiście bez ograniczeń produkcji,
zwolnień pracowników, rezygnacji
z kilku inwestycji. Kilku producentów
musiało zmienić branżę, podobnie
jak dealerzy, którzy zmuszeni zostali do
ograniczenia swojej oferty. Takie są, niestety,
koszty kryzysu. Jednak, mimo ciężkiej
sytuacji, na targach nie brakowało
gości, a w portach ciągle było ciasno.
W końcu, po tegorocznych targach
w Düsseldorfie, a później rodzimych
Wiatr i Woda w Warszawie, nasz rynek
jachtowy wziął drugi oddech. Na targach
pojawili się nie tylko goście, ale
i klienci. Pojawiły się też nowe konstrukcje,
nowe stocznie zajęły miejsce tych,
które nie poradziły sobie z załamaniem
rynku. Kryzys okazał się czymś w rodzaju
filtra i weryfikatora, przetrwali go
najlepsi. Nie twierdzę, że ciężkie czasy
mamy już za sobą, wystarczy spojrzeć
na tegoroczną aurę, z jesiennym majem,
który opóźnił rozpoczęcie sezonu, ale
z pewnością mogę powiedzieć, że idzie ku lepszemu. Co ciekawe, w przeciwieństwie
do np. Włoch, w Polsce coraz popularniejsze
są jachty większe i bardziej
luksusowe. Włosi natomiast inwestują
w coraz mniejsze, weekendowe łodzie.
O poprawie sytuacji słychać także zza
oceanu. Według badań jednego z portali
internetowych, poświęconego jachtingowi,
po raz pierwszy od trzech lat
wskaźniki sprzedaży łodzi ruszyły w górę.
Czas wspomóc wskaźniki i zainwestować
w nowy jacht.
Gdzie pływać?
Na początku wspomniałem, że zakup
jachtu to dopiero początek wydatków.
Istnieje też potrzeba posiadania odpowiedniej
infrastruktury i portów, które
zapewnią nie tylko zaplecze techniczne,
ale i rozrywkę. To niestety największa
bolączka naszego przemysłu turystycznojachtowego.
O ile kupno jachtu nie jest
problemem, o tyle już znalezienie w Polsce
odpowiedniego portu może okazać
się wyzwaniem. Po szczęśliwym zwodowaniu
jachtu musimy go zatankować.
W zeszłym roku sprawdzałem, ile jest
w Polsce nadwodnych stacji paliw, czyli
takich, do których podpływamy łodzią,
bez dźwigania ciężkich kanistrów. Wynik
był przerażający, okazało się, że w całym
kraju mamy "aż" 12 takich stacji, z czego
jedna była nieczynna przez cały sezon,
a w innej przewody paliwowe okazały się
za krótkie o około metr! Podobnie wygląda
sytuacja z bezpiecznymi, w pełni
przygotowanymi na przyjęcie jachtów
portami. O ile na Mazurach sytuacja uległa
znacznej poprawie, to już nad morzem
czy na rzekach nic się nie zmieniło
od wielu lat. Kilka inwestycji przerwała
tegoroczna powódź, co nie zmienia faktu,
że te porty powinny już działać od lat,
żeby ściągać do Polski wodniaków z innych
krajów. Póki co, to my wyjeżdżamy
do krajów, gdzie każda, nawet mała marina
jest w stanie zagwarantować nam
bezpieczne schronienie, pełen pakiet socjalny
i podłączenie do niezbędnych mediów,
jak prąd czy woda. Najczęściej żeglujemy
do Chorwacji, Grecji, Włoch
i Francji. Od niedawna coraz popularniejsza
staje się turystyka śródlądowa,
dlatego w kręgu zainteresowań polskich
motorowodniaków pojawiły się także
Niemcy i Holandia. Wszędzie tam nie
będziemy mieli problemów z uzupełnieniem
paliwa czy znalezieniem przystani
z przyjemną restauracją. Nasz przemysł
jachtowo-turystyczny ciągle się rozwija,
ale idzie mu to jakoś opornie. Jak to zwykle
u nas bywa, zaczęliśmy chyba od złej
strony, kupujemy jachty, które musimy
wywozić, aby móc czerpać z nich pełną
przyjemność. Mam jednak nadzieję, że
ta ogromna liczba polskich jachtów, pływających
po akwenach Europy, zmusi
w końcu inwestorów i władze do rozpoczęcia
inwestycji w nasze nabrzeża, czego
wszystkim życzę.