Podobno w pewnym momencie
chciano Pana wyeliminować
z biznesu jak Kluskę: zablokowane
konta, karty kredytowe...
Grzegorz Hajdarowicz: To była i jest
w dalszym ciągu praktyka. Tego rodzaju
próby przejmowania interesów to nielegalne
metody, według mnie kryminalne.
Próba nastąpiła, ale ja jestem dość twardym
zawodnikiem, starym krakowskim
"zadymiarzem", i nie tak łatwo mnie
,,wyłączyć z prądu". Trzeba się trochę nagłowić,
a próbowano mnie wyeliminować
w sposób klasyczny.
Anja Laszuk: Czym się Pan naraził
i komu?
Grzegorz Hajdarowicz: To był bodajże
2000 rok. W tym czasie chciałem kupić
WSK Kraków. Ktoś prawdopodobnie
chciał albo tego samego, albo przejęcia
przedsiębiorstwa bez pieniędzy, bo kupić
to może każdy. W tym celu nasłano
na mnie kontrolę z urzędu skarbowego,
który zakwestionował absurdalne sytuacje.
A.L.: Jakie?
G.H.: W zaokrągleniu miałem 200 tysięcy
niedopłaty VAT-u i nadpłatę 300
tysięcy. Nie trzeba być wybitnym matematykiem, żeby szybko oszacować bilans.
Jednak inspektor powiedział, że nadpłata
go nie interesuje. Były jakieś błędy księgowe,
jak w każdym większym przedsiębiorstwie,
ale nie okradłem skarbu państwa,
a nawet w pewnym sensie skredytowałem.
To nie były duże kwoty, ale
posłużyły jako pretekst, żeby wywalić mi
VAT z iluś miesięcy, z kilku lat wstecz,
co razem z odsetkami karnymi sięgnęło
kwoty 5 milionów.
A.L.: W ten sposób można szybko wywrócić
każdą firmę niemal z dnia na
dzień.
G.H.: Zdecydowanie tak! W przypadki
nie wierzę, szczególnie, że z dokumentów
urzędowych ewidentnie wynikało, że
mam nadpłacony VAT. Kwota 5 milionów
nie zabiłaby mnie, ale problem leżał
gdzie indziej. Kiedy konta są zajęte, bank
wypowiada kredyty, a miałem wtedy dość
spore zaangażowanie kredytowe, znacznie
większe niż urzędowa kara.
A.L.: I tak firma tonie.
G.H.: Jak z zablokowanym kontem jestem
w stanie dalej funkcjonować? Jak
mam wypłacać wynagrodzenia? Rozpada
się firma i po zawodach. Potem przychodzi
komornik lub syndyk masy upadłościowej
i sprzedaje majątek. To była "akcja
na rympał", napad na bank, bez masek,
strzelania, w białych rękawiczkach. Bez
obciachu. Może nawet powinienem cieszyć
się, że nie przyszedł gość z maczetą
jak w Rwandzie, tylko z kwitkiem. Mogłem
mieć gorzej.
A.L.: Ale dość spektakularnie rozprawił
się Pan z urzędem.
G.H.: Dokonałem czegoś, czego nikt
w Polsce nie dokonał ani wcześniej, ani
później. Wjechałem z pracownikami do
urzędu, coś na kształt zajazdów na Litwie,
i opamiętali się. To była akcja czynna.
Myślę, że po tej operacji dziesięć razy zastanowią
się nad konsekwencjami swoich
działań. Takich sytuacji nie powinno być.
To jest patologia, tak samo niebezpieczna
i zła, jak oszustwa podatkowe.
A.L.: Sprawę w sądzie Pan wygrał.
G.H.: I to w stu procentach. Ale przez
cztery lata nie byłem w stanie uzyskać zaświadczenia
- bo tyle to trwało - że nie
zalegam z podatkami. Zostałem wyeliminowany.
Jestem przeciwnikiem myślenia
,,walczmy o raj na ziemi". Może on jest
w niebie, jeśli ktoś w to mocno wierzy,
ale to jest przykład słusznego oporu obywatelskiego
w stosunku do niegodziwości
urzędniczej. I obywatel ma prawo nie
zgadzać się, jeśli widzi, że machina administracyjna
jest zła. Na bazie tego występowałem
przeciwko PRL-owi. Jako student
prawa rzucałem koktajlami Mołotowa
nie dlatego, że nie szanowałem
prawa. Po prostu nie akceptowałem tego
porządku świata.
A.L.: Wiedział Pan, o co walczy. Kiedy
porządek tego świata zmienił się, od
razu wszedł Pan w biznes i już w 1995
roku trafił na listę najbogatszych Polaków
,,Wprost".
G.H.: Jakoś tak dynamicznie poszło.
A.L.: Jak robi się taką gotówkę w tak
krótkim czasie?
G.H.: To był fenomenalny okres, jeśli
tylko człowiek był przygotowany
i chciał pracować, a ja pracowałem po
16-18 godzin dziennie. Taką cenę zapłaciłem.
Kiedy upadł komunizm, miałem
25 lat, wcześniej parę razy byłem w Stanach.
Widziałem, jak wygląda świat i byłem
otwarty na niego. Ludzie byli wtedy
na różnych rozdrożach. Mam znajomych,
którzy żyli według rytmu ,,balety,
luz, blues". Trzeba było wybrać: jedni
poszli w luz, inni w politykę, kolejni do
pracy. Mnóstwo osób z opozycji zasiliło
UOP. Wtedy pracowało się w sposób nieprawdopodobny,
człowiek się zaharowywał,
bo to był właśnie ten moment.
A.L.: Co z tymi, którzy się nie załapali?
G.H.: Nie zdiagnozowali sytuacji, nie
zauważyli, że z każdym rokiem będzie
trudniej. Polska zaczęła być rozpoznawalna,
zaczęły wchodzić duże, poważne
koncerny. O konkurencji w stosunku do
nich nawet nie można było pomarzyć. Ci,
którzy zaczęli pracować, rośli w siłę, byli
coraz więksi. Trudno było z nimi konkurować.
Trochę trzeba było też wiedzieć.
Na samych biznesplanach, analizach
i wykresach pieniędzy zrobić nie można.
A.L.: Od czego Pan zaczął?
G.H.: Jeszcze w PRL-u, mając swoją
ekipę od 14 grudnia 1981 roku, stworzyłem
bardzo silny kolportaż. Może nie
największy w Krakowie, ale znaczący.
Zawsze zarabiałem na działalność opozycyjną.
W 1989 roku zrobiłem coś, co
w tamtych czasach było ewenementem.
Kiedy zaczęły pojawiać się wydawnictwa
z drugiego obiegu, rozstawiłem kilka takich
punktów na ulicach. Jeszcze komunizm
nie był do końca zamordowany,
a już sprzedawałem znaczki z orłem
w koronie, hasłami ,,Sowieci do domu!",
czy ,,Better dead than red", i książki od
Sołżenicyna po Katyń.
A.L.: A potem?
G.H.: Na starcie nie miałem ani pieniędzy,
ani know-how. Wtedy niczego nie
było. W 1991 zaczęliśmy handlować lekami.
Po roku zaopatrywaliśmy 25%
krakowskich aptek. Po farmaceutykach
wpadła mi jakaś nieruchomość. Kupowałem
akcje, które udało mi się sprzedać
jeszcze przed pierwszą bessą, zanim runęła
cała giełda. Nie sprzedałem na samej
górze, ale zarobiłem trzykrotnie. W 1996
kupiłem pierwszy zakład w leasingu razem
z pracownikami.
A.L.: I słynne Osiedle Teatralne w Hucie.
G.H.: Kawałek socrealistycznego osiedla
kupił nagle prywatny właściciel. Nikt
wcześniej tego nie zrobił. Mieszkania
sprzedałem najemcom na takich samych
warunkach jak gmina Kraków, czyli za
10% wartości (żeby było śmieszniej, ścigał
mnie za to urząd skarbowy), a pustostany
po cenie rynkowej. Przychodnie
zamieniłem na mieszkania, budynek
prokuratury sprzedałem rewelacyjnie
spółce giełdowej, która natychmiast potrzebowała
siedziby. Brudne sklepy przekształciłem
w banki i pizzerie, a potem
odsprzedałem jednemu inwestorowi.
Wtedy wartość pieniądza była nieprawdopodobna.
Za to kupiłem przedsiębiorstwo.
A.L.: W ramach programu NFI.
G.H.: To był KFAP, zrewoltowany trzyletnim
pogotowiem strajkowym. Ludzie
poszli na halę, a biurowiec wynająłem po
obrysie budynku, czyli łącznie z grubością
ścian (śmiech). Takie mieli ciśnienie.
Wtedy nie było biurowców. Oni zaoszczędzili,
bo zamiast czterech lokalizacji mieli
jedno biuro, ja wynająłem po wyższej cenie.
Ostatnio kupowałem głównie przedsiębiorstwa
i restrukturyzowałem je. Kiedyś
to były przedsiębiorstwa państwowe,
dzisiaj prywatne. Kiedy widzę, jakie decyzje
są podejmowane, bywam załamany,
ale prawo do bankructwa jest takie samo
jak do zarabiania pieniędzy.
A.L.: Jakie błędy popełniają właściciele
bądź prezesi firm?
G.H.: Zła decyzja, zła inwestycja, otoczenie
się zmieniło, podpisali nieodpowiedni
kontrakt i po zawodach. Nie zareagowali
szybko. Często zakładane przedsiębiorstwa
przerastają swoich założycieli.
Jeśli prezes zarządza nawet papierem toaletowym,
to dobrze, kiedy zatrudnia
15 osób, ale przy 1500 to katastrofa. Albo
będzie miał wylew, albo zbankrutuje.
A.L.: Pan był bliski takiej sytuacji.
G.H.: Miałem problemy z ludźmi w Kazachstanie.
I w końcu zadałem sobie pytanie:
po co?! To nie tędy droga. Tam nie
ma mostu, a jeśli będę trzymał nogę na
gazie, spadnę w przepaść.
A.L.: I?
G.H.: Udało mi się doprowadzić projekt
do końca i staram się o nim zapomnieć.
A.L.: Zmieniając kierunek na Zachód?
G.H.: Na południowy Zachód, Brazylię.
A.L.: I Hollywood. Na polskie ekrany
wchodzi właśnie Pana koprodukcja
,,City Island", z Andym Garcią w roli
głównej, a już w fazie produkcji jest kolejny
film ,,Imperium zbrodni dla opornych"
z Garym Oldmanem.
G.H.: Obie produkcje są niezależne.
,,City Island" zwyciężył na Tribeca Film
Festival, ,,Imperium..." ma większy budżet
- 8,5 miliona dolarów i, co ciekawe,
z dystrybucją Sony. Jest szansa, że dystrybutor
wyłoży 10 milionów dolarów
na promocję. Chcemy, żeby był gotowy
na festiwal w Cannes w 2012. W kinach
będzie rok później. Trzeba go pokazać,
sprzedać, włączyć w plan promocyjny
Sony, które ma swoją politykę.
A.L.: Pan lubi polskie kino?
G.H.: Teraz jest lepsze. Kiedyś kręcono
filmy tylko w Zabrzu albo Wałbrzychu:
bezrobotny, z urwaną nogą, chory na
raka, żona go zdradziła... Po prostu katastrofa!
Smutni ludzie robią filmy i one
w ogóle nie są reprezentatywne. Parę lat
temu na festiwalu w Gdyni zastanawiałem
się, gdzie ci ludzie mieszkają. A potem
ci sami producenci, reżyserzy i scenarzyści
uśmiechnięci jedli jajko z kawiorem
na bankiecie. Dlaczego w takim
razie, kiedy piszą i realizują filmy, są tacy
smutni? I to są normalni ludzie, nie z depresją.
Jak tak nie widzę tej rzeczywistości.
A.L.: Kolejna patologia?
G.H.: Od patologii jest tylko-tylko.
I co z takim filmem można zrobić? Który
widz chce to oglądać? A potem przegięcie
w drugą stronę. Komedia musi być
tak głupia, banalna i przewidywalna, tak
słaba scenariuszowo, że chce się wyć. Wyłącznie
luksusowe samochody, każdy ma
basen w domu i sześć gosposi. Takiego
świata też nie ma. Na szczęście młode
pokolenie jest częściowo inne. Cóż, Polska
to zbyt pochmurny kraj, dlatego jesteśmy
smutni jako naród. Ale są szanse,
że wzrośnie optymizm, bo w wyniku globalnego
ocieplenia będzie więcej dni słonecznych.
A.L.: Oby. Jest Pan w ogóle zainteresowany
polskimi produkcjami?
G.H.: Z całym szacunkiem, ale polski
język ma swoją siłę rażenia, a poza tym
posługuje się nim 50 milionów ludzi na
świecie, z czego 10 milionów słabiej, bo
mieszka w Brazylii albo w Niemczech. To
nie jest ważny język na świecie. Interesują
mnie polskie tematy, robienie filmów
w Polsce i z Polakami, ale już nie produkcja
jako taka, a to dlatego, że nie można
jej potem sprzedać.
A.L.: Polski producent nie zarabia na
rodzimych produkcjach?
G.H.: Zarabia na systemie produkcji, lewych
fakturach i zatrudnianiu członków
swojej rodziny. Tak to działa, i wszyscy są
szczęśliwi, i nikomu to nie przeszkadza.
Optymalna dla polskiego producenta
jest sytuacja, kiedy ukradną film: nagle
wjeżdża tir w taśmy i nie ma kopii, albo
rozmagnesuje się serwer.
A.L.: Dlaczego?
G.H.: Bo on wtedy nie ma problemu.
Już zarobił. To jest patologia, która zawsze
w Polsce była i nie ma chęci, żeby
ją zmieniać. Nazywam to obrabowywaniem
kiosków i mnie to nie interesuje.
Rozumiem, gdyby propozycja padła od
banku w Lozannie, z racji tego, że tam
są większe pieniądze niż w kiosku ,,Ruchu"
i można przy tym uzyskać jakiś wynik,
ale napadanie na babcię z obwarzankami?
O tygodniku ,,Przekrój":
Dzisiaj Przekrój jest w fazie formowania.
Proces wytworzenia nowego kontentu
i przywrócenia marki musi potrwać, ale
w ciągu 3 lat chcę podnieść sprzedaż do
150 tysięcy egzemplarzy. W tygodniku
będzie prezentowana szeroka formuła.
To będzie pewien nawigator po światowych
trendach. Nie chcę polityki. Nasz
czytelnik powinien być tym, który czyta
,,Politykę", ,,Newsweek" czy ,,Wprost".
On powinien nas też kupować, albo najpierw
nas, a potem wymienione tytuły
w zależności od tego, jaki prezentuje
światopogląd.
O miesięczniku ,,Sukces":
Typ ,,People". Podaję kierunek ,,New
Yorkera" i ,,Vanity Fair" bardziej obrazowo.
Absolutnie nie wyobrażam sobie,
że będziemy ich kopią. Inne rynki, inne
światy. Bardziej trendy niż tematy. Ostatnio
miała miejsce zmiana pokoleniowa
na stanowisku naczelnego. Po owocach
ich poznacie.
* * *
Z pewnością przyszłością jest internet.
I tu zapowiadam rewolucję, ale nie zdradzę
żadnych szczegółów, bo wtedy nie
będzie rewolucji. Rewolucjoniści mieli
sukces wtedy, kiedy rzucali butelkami zza
węgła z zaskoczenia, a nie informowali:
,,szanowna milicjo, idziemy na demonstrację!".