ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Na fali od dwudziestu lat

Przemysław Miarczyński windsurfingiem pasjonuje się od wczesnej młodości. Poza pasją ma jednak do surfowania niezwykły talent - zdobył już tytuł mistrza świata, teraz przygotowuje się do Igrzysk Olimpijskich

Rozmawiał Mateusz Madejski fot. Łukasz Łapiński

Wywiad z Przemysławem Miarczyńskim

Mieszka Pan w Sopocie, urodził się w Gdańsku. Gdy całe życie mieszka się blisko morza, to ciężko nie zainteresować się windsurfingiem.

Przemysław Miarczyński: Rzeczywiście, od urodzenia mieszkałem w Trójmieście, zaledwie kilka kilometrów od plaży i klubu, którego jestem dziś zawodnikiem. Myślę, że miało to duży wpływ na to, że właśnie tę dyscyplinę sportu wybrałem. Łatwość dojazdu na treningi też na pewno miała znaczenie. Aklimatyzację w sopockim klubie ułatwił mi też fakt, że kiedy tata mnie do niego zapisywał, umiałem już pływać na desce na tyle dobrze, że podczas pierwszych okręgowych zawodów nie zająłem ostatniego miejsca.

Mateusz Madejski: Zatem początki wcale takie trudne nie były?

Przemysław Miarczyński: Były! (śmiech) W 1988 roku dzięki tacie trafiłem do Sopockiego Klubu Żeglarskiego. Po kilku treningach na wodzie zaraziłem się windsurfingiem na dobre. Przez pierwsze dwa lata była to jednak tylko wakacyjna zabawa. Rodzice stale starali się przekonać mnie do uprawiania sportów. Próbowałem różnych dyscyplin - od hokeja, przez piłkę nożną, pływanie, aż po szachy, był nawet pomysł na podnoszenie ciężarów. Moi rodzice mieli jednak działkę koło Trójmiasta, a mój tata był amatorem windsurfingu. Uczyli mnie tej sztuki, aż w końcu połknąłem bakcyla.

M.M.: Uprawia Pan ten sport od ponad 20 lat. Jak przez ten czas zmieniał się stosunek Polaków do windsurfingu?

P.M.: Kiedy trafiłem do klubu w Sopocie, windsurfing był sportem, o którym mało kto w ogóle słyszał. Sprzęt bardzo ciężko było nabyć, a deski i żagle, nawet te polskiej produkcji, były bardzo drogie. W latach 1990-2000 nastąpił jednak przełom. Do Polski zaczęto sprowadzać profesjonalny sprzęt z zagranicy, co spowodowało, że amatorzy mogli pływać na lepszym sprzęcie, a zawodnicy mieli możliwość startowania w zawodach międzynarodowych z większymi szansami na sukces. Nie bez znaczenia było również to, że coraz łatwiej można było wyjechać na trening na południe Europy, gdzie sezon rozpoczyna się dużo wcześniej.

M.M.: Popularność windsurfingu ciągle u nas rośnie?

P.M.: Trzeba przyznać, że tak jak kiedyś fenomen snowboardu przygasił popularność nart, tak przez ostatnich kilka lat kitesurfing (pływanie na desce przy pomocy latawca) odebrał nieco popularności windsurfingowi. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że windsurfing będzie niebawem znów zyskiwał popularność, jak dzieje się to w przypadku nart.

M.M.: Przed nami Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 roku. Czy olimpijski medal mógłby przysporzyć popularności tej dyscyplinie?

P.M.: Medal olimpijski w windsurfingu niewątpliwie spowoduje wzrost popularności tego sportu. Dużo zależy jednak od tego, jakiego będzie koloru i ile medali zdobędzie Polska reprezentacja na igrzyskach w Londynie. Chciałbym oczywiście, żeby było ich jak najwięcej, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że im więcej medali w innych dyscyplinach, tym mniejszym echem odbije się miejsce na olimpijskim podium w windsurfingu.

M.M.: Sukcesy Polaków w popularniejszych dyscyplinach potrafią przyćmić osiągnięcia windsurferów?

P.M.: Taka sytuacja miała miejsce chociażby w zeszłym roku, kiedy Piotrek Myszka został mistrzem, a ja wicemistrzem świata w windsurfingu. Takim sukcesem niewiele dyscyplin może się pochwalić, jednak tego samego dnia Maja Włoszczowska zdobyła mistrzostwo świata w MTB, o którym było dużo głośniej w mediach, głównie dlatego, że jest to sport popularny.

M.M.: A w 2012 roku mamy nie tylko Igrzyska, ale też Euro. A piłka nożna to u nas sport znacznie bardziej popularny niż MTB.

P.M.: Myślę, że Euro 2012 spowoduje, że będzie mniejsze zainteresowanie startami Polaków w Londynie. Osoby interesujące się windsurfingiem, żeglarstwem czy ogólnie sportem z pewnością będą mimo wszystko śledzić wyniki na Igrzyskach, ale sam windsurfing nie ma oczywiście szans konkurować z futbolem na popularność.

M.M.: W naszej kadrze jest Pan od wielu lat. Nie czuje Pan czasem oddechu młodszej, mniej doświadczonej konkurencji?

P.M.: Oczywiście, że czuję. Młodzi są bardzo ambitni i walczą do samego końca, nawet na mniej istotnych wyścigach treningowych. W zawodach pucharu świata trochę brakuje im jeszcze doświadczenia i jest im trudniej ze mną walczyć. Cieszę się, że skład młodej kadry jest duży i możemy wspólnie trenować. Zadziwiające jest to, że kiedy ja 15 lat temu byłem już w kadrze Polski, niektórzy z nich nawet nie potrafili jeszcze ustać na desce.

M.M.: Czy polscy surferzy tworzą zgrane środowisko, czy raczej są to ludzie, dla których deska jest po prostu weekendową odskocznią od codzienności?

P.M.: Windsurferzy to dość specyficzne środowisko. Dla większości jest to sposób na życie i podobnie jak ja, nie wyobrażają sobie funkcjonowania bez pływania na desce. Często nawet kiedy mamy dużo rzeczy do załatwienia, ktoś jest w pracy i widzi, że od rana wieje, to nie myśli o niczym innym tylko o pływaniu. Rzucamy wtedy wszystko i jedziemy na jakiś fajny spot, czyli miejsce do surfowania, gdzie można wyżyć się na dużych falach. Często na takich spotach zbiera się kilkadziesiąt osób i wyjście kończy się wspólnym obiadem w restauracji. Są też oczywiście tacy surferzy, którym praca pozwala na pływanie tylko w weekendy i dużo rzadziej można ich spotkać na spotach.

M.M.: W Polsce sezon windsurfingowy jest krótki, więc pewnie ma Pan swoje ulubione miejsca za granicą.

P.M.: U nas sezon trwa tylko od połowy maja do połowy października, więc zmusza to oczywiście zapaleńców tego sportu do podróżowania. Świetne miejsca na uprawianie windsurfingu to na przykład Egipt, południe Hiszpanii, Wyspy Zielonego Przylądka, Cape Town w RPA, Perth w Australii czy Hawaje. Ja jednak najczęściej odwiedzam Wyspy Kanaryjskie oraz greckie Rodos.

M.M.: Prowadzi Pan blog. Czy traktuje Pan go raczej jako swego rodzaju sportowy pamiętnik czy jest to sposób na dotarcie do fanów?

P.M.: Traktuję go raczej jako źródło informacji dla fanów i osób, które chcą się dowiedzieć, gdzie jestem i co robię. Czasami trudno mi na bieżąco aktualizować informacje, ale staram się w miarę możliwości coś tam publikować. Na pewno warto korzystać z form komunikacji, które daje nam internet.

M.M.: Czy poza windsurfingiem ma Pan czas na rozwijanie innych zainteresowań? Przez pewien czas próbował Pan swoich sił w tańcu. Wystartował Pan nawet w "Tańcu z gwiazdami".

P.M.: Moją drugą pasją życiową jest zdecydowanie muzyka. Na rozwijanie swoich zainteresowań nie mam już niestety zbyt wiele czasu. Pochłania mnie coraz bardziej wychowywanie mojej córki Ewy, która ma już dwa lata.

M.M.: Czy w ogóle wyobraża Pan sobie życie po zakończeniu kariery sportowej?

P.M.: Chciałbym po skończeniu kariery być związany z windsurfingiem i nie wyobrażam sobie, żebym nagle mógł przestać pływać na desce. Uważam, że warto przekazywać swoją wiedzę i doświadczenie młodym zawodnikom. Nie wiem, czy będę miał energię na bycie etatowym trenerem, ponieważ od prawie 20 lat "żyję na walizkach". Chciałbym w przyszłości spróbować swoich sił, prowadząc własną restaurację lub chociaż kawiarnię w Sopocie. Myślę też nad swoją własną szkołą windsurfingu. A może przy tej szkole mógłbym otworzyć niedużą restaurację? O, to byłoby idealne rozwiązanie.

 

Przemysław Miarczyński na desce zaczął pływać pod koniec lat 80. W kadrze windsurfingowej jest nieprzerwanie od 1996 roku. Zdobył tytuł mistrza świata w tej dyscyplinie, trzykrotnie został mistrzem Europy. Igrzyska w Londynie w 2012 roku będą jego czwartym startem olimpijskim. Ma 32 lata, mieszka w Sopocie.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy